Z programami autorskimi, jak z każdym innym przedsięwzięciem, jest tak, że pewnego dnia człowiek stwierdza „Z tym należy coś zrobić”. W moim przypadku to „coś, co trzeba było zrobić” to opracowanie i zebranie metod kształcenia dzieci, które będą nie tylko bardziej przyjazne niż szkolne, ale i maksymalnie skuteczne. Jak do tego doszło?

Do 4 roku studiów byłam wzorową uczennicą i wierzyłam, że szkoła przygotuje mnie do życia. Tato mówił, co prawda, co innego (był przedsiębiorcą, więc pewnie wiedział lepiej), ale moim celem były dobre oceny i nie patrzyłam krytycznie na swoje wykształcenie.

Kiedy byłam na 4 roku studiów, nastąpił przełom.

Organizowałam konferencję o „Wywieraniu wpływu na ludzi”. Podczas pracy przy tym projekcie zorientowałam się po raz pierwszy, że studia nie przygotują mnie do pracy. Dopiero przy tym projekcie nauczyłam się rozmawiać ze sponsorami, zarządzać budżetem i mobilizować tych członków zespołu, którzy ze zmęczenia (lub trwającej sesji) tracili motywację.

To był pierwszy raz, kiedy tak mocno uświadomiłam sobie, że szkolna wiedza nie wystarczy do poradzenia sobie w świecie „nieszkolnym”. Jeszcze podczas studiów zorganizowałam na Politechnice Wrocławskiej panel dyskusyjny z udziałem przedstawicieli biznesu, studentów i wykładowców. Dyskusja toczyła się na temat „Czy studia przygotowują do pracy?”

Gdy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, widzę, że szkoła nie tylko nie przygotowuje do pracy, ale nie przygotowuje do życiaWkład rodziców i edukatorów jest tu niezbędny.

Po skończeniu studiów, przez 10 lat byłam managerem (kierownikiem działu sprzedaży, dyrektorem działu sprzedaży i obsługi klienta). Zarządzałam ludźmi, rekrutowałam ich i byłam dla nich coachem. Przy każdej rekrutacji zastanawiało mnie, jak wiele brakuje absolwentom świetnych szkół. Najczęściej brakowało im umiejętności i motywacji. Czasem wiedzy i pokory. Często samodyscypliny i zarządzania zadaniami w czasie.

Kilkanaście lat temu zostałam trenerem biznesu. Prowadzę szkolenia dla firm i widzę, które umiejętności, nawyki i cechy mają przeważające znaczenie u ludzi „dobrze sobie radzących”. To między innymi inteligencja emocjonalna, autorefleksja, konsekwencja i wytrwałość, umiejętność ustalania priorytetów, umiejętność zaangażowania innych do współpracy… Jest ich wiele i pozytywne jest to, że można ich się nauczyć w każdym wieku. Jest też coraz więcej metod, które pozwalają ludziom zdobywać te kompetencje. Tylko po co czekać do 35 roku życia?

Gdy urodziły się moje dzieci pomyślałam, że warto uczyć je dobrych nawyków i pomagać im zdobywać życiowe kompetencje od samego początku. Czemu nie uczyć przedsiębiorczości w wieku 4 lat? Dlaczego nie wyjaśniać, jaką funkcję pełnią nasze emocje już 7-latkom? Dzieci to rozumieją. Nie od razu, ale chętnie zdobywają te kompetencje z ciekawości. I dlatego, że na co dzień mogą je praktycznie wykorzystać.

W 2009 roku zaczęłam prowadzić zajęcia z kreatywności z 6-latkami, przygotowując je jednocześnie do konkursu twórczego myślenia. Przy okazji rozwijaliśmy umiejętności współpracy, radzenia sobie z emocjami i komunikacji. Wielu z nas – dorosłych – wciąż się ich uczy. Pomagam więc też dorosłym, byśmy codziennie byli jeszcze lepsi.

Zawód trenera biznesu i pasję rozwijania dzieci łączę prowadząc Umiejętności Przyszłości.

Dlaczego nie uważam, aby szkoła poradziła sobie z dostarczeniem tych umiejętności dzieciom? Choć uważam, że szkole przydałyby się zmiany, w tej akurat kwestii nie zrzucałabym odpowiedzialności na edukację systemową.

Są takie umiejętności, które można zdobyć tylko samodzielnie lub w mniejszej grupie. Dlatego nie ma lekcji gry na fortepianie w 30-osobowych grupach. Jeśli do tego dodamy to, że każdy z nas jest inny, różnimy się między sobą wartościami, a co za tym idzie tym, co nas motywuje, okaże się, że tylko w małej grupie i podczas indywidualnych spotkań możemy otrzymać wsparcie w rozwoju osobistym.

Umiejętności zdobywa się… używając ich. Dlatego też nie ma książek o jeździe na rowerze. Trzeba wsiąść, parę razy się przewrócić i podnieść… Nasze dzieci to robią, i to przed 7 rokiem życia.

Jeśli więc zadbamy o to, by młodzi ludzie mieli dostęp do inspirujących warsztatów, by otrzymywali uwagę i szacunek oraz indywidualnie dobrane metody, zdobywanie kompetencji takich jak publiczne przemawianie, kreatywność czy skuteczna komunikacja będzie frajdą. A jeśli my również będziemy dla nich wzorem i będą mogli uczyć się od nas kompetencji XXI wieku, wystartują w dorosłe życie jeszcze lepiej przygotowani.

Jestem rodzicem i trenerem dzieci, młodzieży i dorosłych. Obserwuję edukację z bardzo bliska i jestem przekonana o jednym. Istnieje życie szkolne i życie. To dwa zbiory z częścią wspólną. Ta część wspólna  jest wciąż niewystarczająca i z tym należy coś zrobić.

Róbmy więc swoje, dla przyszłości naszych dzieci.

Maja Lose

.