Z programami autorskimi, jak z każdym innym przedsięwzięciem, jest tak, że pewnego dnia człowiek stwierdza „Z tym należy coś zrobić”. W moim przypadku to „coś, co trzeba było zrobić” to opracowanie i zebranie metod kształcenia dzieci, które będą nie tylko bardziej przyjazne niż szkolne, ale i maksymalnie skuteczne. Jak do tego doszło?

Do 4 roku studiów byłam wzorową uczennicą i wierzyłam, że szkoła przygotuje mnie do życia. Tato mówił, co prawda, co innego (był przedsiębiorcą, więc pewnie wiedział lepiej), ale moim celem były dobre oceny i nie patrzyłam krytycznie na swoje wykształcenie.

Kiedy byłam na 4 roku studiów, nastąpił przełom.

Organizowałam konferencję o „Wywieraniu wpływu na ludzi”. Podczas pracy przy tym projekcie zorientowałam się po raz pierwszy, że studia nie przygotują mnie do pracy. Dopiero przy tym projekcie nauczyłam się rozmawiać ze sponsorami, zarządzać budżetem i mobilizować tych członków zespołu, którzy ze zmęczenia (lub trwającej sesji) tracili motywację. To był pierwszy raz, kiedy tak mocno uświadomiłam sobie, że szkolna wiedza nie wystarczy do poradzenia sobie w świecie „nieszkolnym”. Jeszcze podczas studiów zorganizowałam na Politechnice Wrocławskiej panel dyskusyjny z udziałem przedstawicieli biznesu, studentów i wykładowców. Dyskusja toczyła się na temat „Czy studia przygotowują do pracy?” Gdy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, widzę, że szkoła nie tylko nie przygotowuje do pracy, ale wręcz nie przygotowuje do życia.

Po skończeniu studiów, przez 10 lat byłam managerem (kierownikiem działu sprzedaży, dyrektorem działu sprzedaży i obsługi klienta). Zarządzałam ludźmi, rekrutowałam ich i byłam dla nich coachem. Przy każdej rekrutacji zastanawiało mnie, jak wiele brakuje absolwentom świetnych szkół. Najczęściej brakowało im umiejętności i motywacji. Czasem wiedzy i pokory. Często samodyscypliny i zarządzania zadaniami w czasie.

Jedenaście lat temu zostałam trenerem biznesu. Prowadzę szkolenia dla firm i widzę, które umiejętności, nawyki i cechy mają przeważające znaczenie u ludzi „dobrze sobie radzących”. To między innymi inteligencja emocjonalna, autorefleksja, konsekwencja i wytrwałość, umiejętność ustalania priorytetów, umiejętność zaangażowania innych do współpracy… Jest ich wiele i pozytywne jest to, że można ich się nauczyć w każdym wieku. Jest też coraz więcej metod, które pozwalają ludziom zdobywać te kompetencje. Tylko po co czekać do 35 roku życia?

Gdy urodziły się moje dzieci pomyślałam, że warto uczyć je dobrych nawyków i pomagać im zdobywać życiowe kompetencje od samego początku. Czemu nie uczyć przedsiębiorczości w wieku 4 lat? Dlaczego nie wyjaśniać, jaką funkcję pełnią nasze emocje już 7-latkom? Dzieci to rozumieją. Nie od razu, ale chętnie zdobywają te kompetencje z ciekawości. I dlatego, że na co dzień mogą je praktycznie wykorzystać.

Siedem lat temu zaczęłam prowadzić zajęcia z kreatywności z 6-latkami, przygotowując je jednocześnie do konkursu twórczego myślenia. Dzieci przeżywają mnóstwo sukcesów i porażek, jest im trudno porozumieć się z innymi, bo niełatwo jest okiełznać swoje własne emocje, a co dopiero zrozumieć emocje kolegi i jeszcze odpowiednio na nie zareagować. Wielu dorosłym się to nie udaje. W tych wszystkich trudnościach rzadko otrzymują wsparcie od dorosłych. Częściej słyszą „bądź mądrzejszy, ustąp” (podczas gdy gardło ściska kula wściekłości) lub „jak mogłaś tak brzydko się zachować” (a dziewczynka przecież tylko robiła dokładnie to samo, co jej koleżanka tydzień temu). Dzieciom należy się szacunek, bo są ludźmi. Każdemu człowiekowi się on należy. Ale to nie znaczy, że innym należy się bardziej niż mnie – o siebie trzeba również zadbać.

Zawód trenera biznesu i pasję rozwijania dzieci łączę prowadząc Umiejętności Przyszłości.

Dlaczego nie uważam, aby szkoła poradziła sobie z dostarczeniem tych umiejętności dzieciom? Choć uważam, że szkole przydałyby się zmiany, w tej akurat kwestii nie zrzucałabym odpowiedzialności na edukację systemową. Są takie umiejętności, które można zdobyć tylko samodzielnie lub w mniejszej grupie. Dlatego nie ma lekcji gry na fortepianie w 30-osobowych grupach. Jeśli do tego dodamy to, że każdy z nas jest inny, różnimy się między sobą wartościami, a co za tym idzie tym, co nas motywuje, okaże się, że tylko w małej grupie i podczas indywidualnych spotkań możemy otrzymać wsparcie w rozwoju osobistym. Umiejętności zdobywa się… używając ich. Dlatego też nie ma książek o jeździe na rowerze. Trzeba wsiąść, parę razy się przewrócić i podnieść…Nasze dzieci to robią, i to przed 7 rokiem życia. Jeśli więc zadbamy o to, by młodzi ludzie mieli dostęp do inspirujących warsztatów, by otrzymywali uwagę i szacunek oraz indywidualnie dobrane metody, zdobywanie kompetencji takich jak publiczne przemawianie, kreatywność czy skuteczna komunikacja będzie frajdą.

Jestem rodzicem i trenerem dzieci, młodzieży i dorosłych. Obserwuję edukację z bardzo bliska i jestem przekonana o jednym. Istnieje życie szkolne i życie. To dwa zbiory z częścią wspólną. Ta część wspólna  jest z roku na rok mniejsza i z tym należy coś zrobić. Róbmy więc swoje, dla przyszłości naszych dzieci…

Maja Lose

.