Wywiadówka w klasie 6. Wychowawca, drobny historyk przed trzydziestką, patrzył na rodziców, którzy czytali właśnie program proponowanej wycieczki. Znał tych rodziców już trzeci rok, a jednak miał poczucie, że ich nie zna. Czy są podobni do swoich dzieci? Zawsze rozsądna Karolina ma mamę z korporacji. Karolina umie walczyć o swoje, ale rzadko pyskuje – robi w to taki jakiś asertywny i wyważony sposób. Zasadniczy Maks ma zasadniczego tatę, ale poczucie humoru musi mieć po mamie – uśmiechnął się pod nosem wychowawca – bo nigdy nie widziałem uśmiechniętego ojca Maksa.

 

Jacy rodzice – takie dzieci?

 

Rodzice podnieśli głowy znad kartek i wychowawca rzucił na początek pytanie:

Porozmawiajmy najpierw o terminie. Moim zdaniem idealnym terminem jest trzeci tydzień czerwca: tydzień po wystawieniu ocen, ale jeszcze przed spotkaniem rady pedagogicznej. To dobry termin, bo program jest przeładowany i szkoda tracić lekcje w innym czasie.

Pierwsza zabrała głos mama Nadii: Nadia nie może jechać w tym terminie, bo my od 10 czerwca jesteśmy na wakacjach. To jedyny termin, w którym możemy wyjechać i nie zrezygnujemy z niego. Prowadzimy firmę, dla której lato to pełnia sezonu i musimy wtedy zarobić na cały rok.

Drugi odezwał się tata Michała: Michał niestety też nie pojedzie. Plan wycieczki jest napięty do granic możliwości, nie ma chwili na odpoczynek. Po takich eskapadach syn musi cały dzień odpoczywać. To bez sensu.

A nie mogą jechać w weekend? – zapytała mama Kaśki. – Kaśka chodzi na treningi pływackie i cztery dni w tygodniu ma zajęcia. Nie można w weekend?

Zanim wychowawca zdążył odpowiedzieć, babcia Kuby wykrzyknęła ze zgrozą: A czas dla rodziny? Dla Pana Jezusa? Ktoś zaprowadzi te dzieci do kościoła? Weekend odpada!

– Ja jestem przeciwna tym szkolnym wycieczkom, bo dzieci wtedy jedzą, co chcą. Mama Julki aż się trzęsła z oburzenia. – Naprawdę zatrzymanie się w McDonaldzie ma być jedną z atrakcji? Śniadania to chleb i parówki, czyli gluten z papierem toaletowym. Żadnych warzyw, bo chyba zgodzimy się, że ketchup to nie warzywo? – uśmiechnęła się złośliwie. – I do tego kupowanie chipsów za kieszonkowe – wszyscy częstują wszystkich! Nie ma takiej opcji, żeby Julia jadła takie śmieci. Trzeba mieć świadomość, ile szkód wyrządza w młodym organizmie kilka dni nieodpowiedniego jedzenia!

W tacie Oli aż się zakotłowało. – Ależ proszę państwa, jak można tak podchodzić do sprawy? Jedzenie? Odpoczynek? Sport? Kościół? Dzięki takim wycieczkom zacieśniają się przyjaźnie! Dzieci poznają się z innej strony niż tylko szkolna. Co pamiętacie ze szkoły? Jestem pewien, że właśnie głównie wycieczki! Ja z niektórymi kolegami z klasy do dzisiaj utrzymuję kontakt i takie właśnie wycieczki wspominamy. To jest doświadczenie na całe życie! Czy to dziecko nie może raz na jakiś czas zjeść – jak to Pani określa – śmieci? Dla dobra zespołu? Co to jest w ogóle za podejście?!

W sali zapadła cisza. Wychowawca wziął oddech, by to jakoś podsumować, ale mama Karoliny go ubiegła.

Myślę – powiedziała spokojnym tonem managera, który przywykł do wydawania poleceń – że jeszcze jednej istotnej kwestii nie bierzemy pod uwagę, skupiając się na pływaniu, odpoczynku, kościele i jedzeniu. Najważniejszymi umiejętnościami, w jakie powinniśmy wyposażyć nasze dzieci, są: samodzielność, umiejętność podejmowania decyzji, zdolność do autorefleksji i „the last, but not least”: współpraca. Szkoła nie uczy współpracy. To jest jakiś wyścig szczurów. A w firmach wymaga się teraz współpracy. No i kreatywności oczywiście. Taka wycieczka, to jedyne miejsce, gdzie w tak dużej grupie dzieci mogą doświadczać współpracy. O ile, oczywiście – tu wymownie spojrzała na wychowawcę – ktoś będzie umiał taki proces zaprojektować, a następnie go przeprowadzić z korzyścią dla naszych dzieci.

Co Pani opowiada? – krzyknął tata Maksa. – Myśli Pani, że u mnie, w sądzie, ktoś wymaga współpracy i kreatywności? Jak ja – jako sędzia – miałbym się przydać społeczeństwu, gdyby kreatywność była dla mnie wyższą wartością niż dyscyplina? Żartuje sobie pani? Mam wrażenie, że już zaplanowała pani karierę dla mojego dziecka, oczywiście w pani korporacji, bo to korporacje dyktują teraz warunki. Ale wyraźnie pani powiem: do żadnej korporacji mój Maks nie pójdzie. Po moim trupie!

Mama Julki, ta od zdrowego jedzenia, wstała. – Proszę Państwa, ta rozmowa schodzi na złe tory – kilka osób pokiwało głową z aprobatą – rozmawiamy tak, jak gdyby jedynym celem edukacji i wychowania było przygotowanie dzieci do pracy. A one będą też rodzicami, przyjaciółmi, sąsiadami… Będą występowały w wielu różnych rolach. I dlatego nie wyobrażam sobie, że ktoś, kto nie słucha swojego ciała, nie myśli swoich potrzebach i o zrównoważonym dbaniu o siebie, może nazywać się dumnie człowiekiem. Najpierw zadbajmy o to, by byli świadomymi ludźmi, przez duże L, a potem pozostawmy im wybory dotyczące pracy!

Wychowawca poczuł, że musi opanować sytuację, więc zagaił siedzącą cichutko kobietę z pierwszej ławki.

– A Ania? Czy Ania pojechałaby na wycieczkę?

Kobieta skuliła się odrobinę i powiedziała cicho

– Niestety, braciszek Ani walczy o życie. Jest po kilku operacjach, przed nim jeszcze chemioterapia i aktualnie cała nasza energia i wszystkie pieniądze idą w proces leczenia… To jest teraz dla nas najważniejsze…

Zapadła cisza. Wszyscy poczuli, że ich argumenty – chociaż istotne – w obliczu słów mamy Ani jakoś wyblakły. Zamyślili się.

 

Szkolny konflikt – konflikt wartości

 

Proszę państwa, proszę pozwolić mi zabrać głos – odezwał się dziadek Ewelinki. Wszyscy wiedzieli, że wychował czworo dzieci, sam od wielu lat pracuje w poprawczaku i od zawsze był ceniony za celne uwagi.

– Kiedy wychowywałem swoje dzieci, w sklepach były tylko parówki. Dzieci nie miały zajęć dodatkowych, a wycieczki były organizowane bardzo rzadko i jeśli już, to mieszkało się w schroniskach. Czy było nam trudniej niż współczesnym rodzicom i dzieciom? Oczywiście, że tak.

Było też jednak łatwiej, bo nie mieliśmy wyboru i dla wszystkich to samo było ważne. Ważne było, żeby dzieci skończyły szkołę i żeby na podstawie ocen z podstawówki dobrze wybrać szkołę średnią. Ważne było, by były zdrowe. Wszyscy oglądaliśmy te same wiadomości i te same filmy, więc jakaś szczególna integracja nie była konieczna. Można było poczuć wspólnotę zastanawiając się, co będzie w kolejnym odcinku serialu. Wszyscy mieliśmy te same wartości. Teraz jest inaczej.

Każdy ogląda wieczorem coś innego – ja wciąż jeszcze telewizję, ale już zupełnie inną niż moi sąsiedzi. Moje dorosłe dzieci dokształcają się na jakichś webinarach, a wnuki, na przykład Ewelinka, ogląda coś na youtubie. Nie o zdrowym żywieniu. Raczej o makijażu.

Co to dla nas wszystkich oznacza?  – mówił dalej starszy pan – Że musimy się nauczyć żyć w społeczeństwie, które ma różne wartości: dla jednych najważniejszy jest sport, a dla innych kościół. Nie oceniajmy tego. Raczej szanujmy. Bo chociaż jest trudniej zarządzać taką grupą rodziców, jak ta – uśmiechnął się ciepło do wychowawcy – to jej różnorodność można wykorzystać.

Mam propozycję. – Rodzice nadal słuchali w skupieniu. – O ile na co dzień stawiamy na pierwszym miejscu to, co jest w naszych rodzinach wartością, o tyle szkolna wycieczka może być momentem na podzielenie się naszą różnorodnością.

Julka sprawdzi, jak źle można się czuć po paczce chipsów, choć może nas również zaskoczyć wykładem na temat ich składu. Prawdopodobnie wie, na co zwracać uwagę? – mama Julii przytaknęła. – Nadia będzie miała okazję zobaczyć zdjęcia klasy na Instagramie i ocenić, na ile odpowiadają jej wakacje w ostatnim miesiącu nauki. Jeszcze nie ma na nie wpływu, ale to będzie prawdopodobnie ważny dla niej wniosek. Kaśkę ominą dwa treningi pływackie, ale zagra w siatkówkę i być może nauczy się makijażu od mojej Ewelinki. Proszę mi wierzyć, ta wiedza również jej się z czasem przyda. Kuba pokaże współlokatorom, że modli się co wieczór, nie wstydząc się tego, a Ola i Karolina zorganizują wieczorne ognisko, dzięki któremu poćwiczą umiejętności organizacyjne i zintegrują klasę.

To wszystko jest możliwe. Pod warunkiem, że porozmawiamy z naszymi dziećmi. Wyjaśnimy im, że ludzie kierują się w życiu różnymi wartościami. I to jest naprawdę cenne. I że czasem możemy zrezygnować z czegoś, co dla nas ważne na rzecz wspólnego dobra, ale nie musimy tego robić. Bo jeśli coś jest dla nas priorytetem, to wtedy z tego rezygnować nie będziemy chcieli. Porozmawiajmy z dziećmi o tym, że wartości nie podlegają ocenie i nikt nie jest gorszy dlatego, że coś innego jest dla niego ważne. No, chyba, że ten ktoś jest członkiem mafii – uśmiechnął się.

Rodzice kiwali głową ze zrozumieniem. Wychowawca już miał zaproponować, że przeprowadzi podczas wycieczki taki warsztat, na którym dzieci opowiedzą o wartościach swoich i swoich rodzin. Dziadek Emilki miał jeszcze jednak coś do dodania.

Dla mnie ważne jest, by żadne dziecko nie czuło się wykluczone. Dlatego chciałbym zaproponować, byśmy złożyli się wspólnie na wyjazd Ani. Na pewno z przyjemnością odpocznie od napiętej atmosfery wynikającej z choroby jej braciszka. A rodzice Ani będą mieli pewność, że ich córka przyjemnie spędza czas pod profesjonalną opieką. Czy zgadzają się Państwo?

Mama Ani nie była w stanie wyksztusić słowa, więc pokiwała głową. Rodzice powoli zaczęli deklarować, kto się dołoży, zaczęły padać pytania, to po ile się składamy? Już nikt nie był przeciwny wycieczce. Choć jeszcze przed chwilą ten wyjazd był dla wielu rodziców zamachem na ich wartości, teraz zobaczyli wartość w samej w wyciecze.

Sporządzono listę dzieci, które jadą na wycieczkę oraz listę osób, które chcą się złożyć na wyjazd Ani. W klasie panowała atmosfera prawie świąteczna. Wychowawca poczuł, że może opowiedzieć o warsztacie, na pomysł którego wpadł podczas dyskusji rodziców, rodzicom bardzo się ten pomysł spodobał. Omówiono jeszcze kilka kwestii organizacyjnych, przypomniano konto skarbnika i wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia.

Zaraz, zaraz! – krzyknął nagle wychowawca, patrząc na listę dzieci zgłoszonych na wycieczkę. – A gdzie jest Emilka? Nie może jechać?

Wszyscy w zdumieniu popatrzyli na dziadka dziewczynki Dopiero co zrobił im wykład o wartościach, a teraz nie zapisał wnuczki na wycieczkę? To po było to całe gadanie? Co ten dziadek sobie myśli? Zostaliśmy w coś wmanewrowani?

Starszy pan przerwał pakowanie notesu do torby i podniósł głowę.

No cóż, w naszej rodzinie jest ważne, by dziecko mogło się wypowiedzieć w sprawach, które jego dotyczą. Zanim więc zapiszę Emilkę na wycieczkę, czuję się więc zobowiązany zapytać ją o zdanie. Porozmawiać i mieć pewność, że moja decyzja o jej udziale nie będzie sprzeczna z jej wolą.

Rodzice westchnęli. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, to oni chyba też powinni najpierw porozmawiać ze swoimi dziećmi. A podjęli decyzję bez nich i zrobiło im się odrobinę głupio.

Ha! – wykrzyknął wesoło tata Maksa, sędzia. – Wiecie, co mi się podoba w tej całej różnorodności wartości? Że to, co jest ważne w rodzinie Emilki nie musi być ważne u mnie! A u mnie konsultacje z Maksem nie wchodzą w grę, dopóki chłopak nie skończy 13 lat. Czyli jeszcze rok! Tak ustaliliśmy z żoną i się tego trzymamy. Dobrze jednak żyć w czasach, w których jest duży wybór wartości.

Wychowawca uśmiechnął się. Może ten Maks ma poczucie humoru jednak po ojcu?

 

Photo by jesse orrico on Unsplash

 

 

Podziel się ze znajomymi

Pozostańmy w kontakcie

Facebook