Jakiś czas temu usłyszałam od znajomej dziewczynki: „Wie Pani, mam nadzieję,  że nigdy nie będę bogata”. Gdy zapytałam zaskoczona, dlaczego, usłyszałam „Bo przyjaciół poznaje się w biedzie, a ja bym chciała mieć przyjaciół”…

Opisana sytuacja przypomniała mi, jak często korzystamy z powiedzonek i przysłów, bez rozgryzienia ich wspólnie z dzieciakami. A przecież wiele przysłów to nie „prawdy objawione”, a jedynie zdania pasujące do sytuacji. Takim powiedzeniem jest „jedzenie nie służy do zabawy”, z którym się rozprawiałam w poprzednim wpisie.

Są jednak takie 3 powiedzenia/przysłowia, które na zawsze wycofałam z użycia. Po krytycznej analizie, spojrzeniu na nie z różnych perspektyw uznałam, że zakodowane w głowach dzieci mogą przynieść więcej szkody niż pożytku.

Moja lista skazańców:

Jak pies je to nie szczeka, bo mu miska ucieka.

To powiedzenie króluje w wielu przedszkolach. Z jednej strony rozumiem intencje: nauczyciele i pani techniczne boją się, że gdy dzieci będą rozmawiały podczas posiłku, zaksztuszą się. Dodatkowym kłopotem jest to, że posiłek trwa wtedy w nieskończoność, a przedszkole musi mieć swój rytm. Dlaczego jednak nie pozwalamy dzieciom na rozmowy w domu? Przecież większość dorosłych je posiłki z kimś, umilając je sobie rozmową. Wspólne wyjścia na lunch, kolacje z przyjaciółmi, imprezy rodzinne… Jak to przysłowie ma się do życia i jego towarzyskiej części? No i jeszcze jedna kwestia, wracająca do mnie jak bumerang… Czy zwrócilibyśmy w ten sposób uwagę jakiemukolwiek dorosłemu? A przecież szacunek powinniśmy okazywać zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

Nadzieja matką głupich.

Zastanówmy się, co byśmy zrobili bez nadziei. Nie chcę tu pompatycznie odnosić się do Wiary, Nadziei i Miłości, trzech cnót kościoła katolickiego. Mam na myśli taką bardziej przyziemną nadzieję, która sprawia, że się nie poddajemy, działamy mimo niepewnego wyniku. Myślę tu o nadziei, która wspiera wytrwałość. Naprawdę takim głupim przysłowiem chcielibyśmy zabrać dzieciakom nadzieję? „Nadzieja umiera ostatnia” pasuje mi dużo bardziej – o ile je zinterpretujemy wspólnie z dziećmi.

Zgoda buduje, niezgoda rujnuje

Za każdym razem, gdy słyszę to przysłowie (jest w programie szkoły podstawowej, klasa III), mam ochotę zaśpiewać „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest” Elektrycznych Gitar. Warunkiem rozwoju i krytycznego myślenia jest podważenie zasad – mam tu na myśli nie tylko rozwój człowieka, który w młodości buntuje się przeciw temu, co ustanowiono dotychczas, ale także rozwój ludzkości. To zgadzanie się ze sobą widzę czasem na zajęciach Odysei, zanim dzieciaki nie rozwiną umiejętności dyskusji. Jedno dziecko mówi „Mam taki pomysł….”, a drugie (pomysł wyraźnie mu się nie podoba) ulega ze słowami „No dobrze, zróbmy po Twojemu, żeby Ci nie było przykro”. W ten sposób nic twórczego nie powstanie. W ten sposób nikt nie wyjdzie poza swoją strefę komfortu, a jak wiadomo, tylko tam jest przestrzeń do rozwoju.

Poza listą przysłów, które skazałam jako nieużytki, mam też listę „potencjalnych skazańców”. Na wszelki wypadek ich nie stosuję, bo nie rozumiem, w jaki sposób mogą pomagać w życiu, ale jeszcze ich nie wyrzucam na zawsze, bo a nuż znajdę jakąś interpretację, która je wybroni. Wciąż zastanawiam się, na ile pokazują naszym dzieciom uniwersalność świata, w którym żyjemy.

 

Na liście podejrzanych znajdują się:

1. „Pieniądze szczęścia nie dają” – na wszelki wypadek ich nie miejmy?

2. „Kogut myślał o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli” – nie planujmy?

3. „Małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot” – po co w ogóle mamy dzieci?

 

Uważam, że jako dorośli powinniśmy mieć świadomość tego, co mówimy. A przysłowia, jako mądrość narodów, nie powinny być tu pod żadną ochroną.

Dopisalibyście jakieś przysłowia i powiedzonka do listy skazańców lub listy podejrzanych?

Maja Lose